Zwrot „życie własne” może niemal automatycznie kierować nasze myśli w stronę nas samych. Skłania do mnożenia pytań o autonomię jednostki, o unikalność naszych życiowych perspektyw czy sens radykalnego stawiania granic innym, zagrażającym naszej podmiotowości, bytom. Pytania te nabierają jeszcze innego zabarwienia, gdy padają w kontekście twórczych wyborów i obranych artystycznych ścieżek rozciągających się gdzieś pomiędzy determinizmem a wolną wolą. Z takiej perspektywy możemy przyglądać się najnowszym pracom Jakuba Ziółkowskiego – poprzez wątki jego biografii, życiowych i artystycznych wyborów i splotów okoliczności.
Na wystawie pokazano najnowsze prace Jakuba Juliana Ziółkowskiego – nowe nie tylko metrykalnie, lecz przede wszystkim ze względu na swoją odrębność wobec tego, do czego artysta dobrze już nas przyzwyczaił. Nie znajdziemy tu figuratywnych narracji, intensywnych już od pierwszej sekundy wizualnych komunikatów czy uniwersalnych kulturowo symboli. Jest w tym malarstwie coś, co w pierwszej chwili nie pozwala myśleć, że się wie, rozumie czy zna jego powody. W tę malarską rzeczywistość wkracza się jak w dziki habitat – niczym w rezerwacie, stąpając uważnie po kładce, by choćby własnym śladem nie naruszyć otaczającego nas życia i jego autonomii. Tytułowe Życie
własne to może przede wszystkim życie obrazów. Chciałoby się powtórzyć za W.J.T Mitchellem: „Czego chcą (te) obrazy?”. Zaproponowana przez tego wybitnego historyka sztuki i badacza związków obrazu i języka animistyczna perspektywa polega na otwarciu interpretacji przez nadanie obrazom jakiejś formy życia i pragnień. To założenie zdaje się być niezwykle bliskie obecnemu procesowi twórczemu Ziółkowskiego. Jest też pomocne nam, odbiorcom, tym, którzy powołują kolejne wcielenia tych obrazów do życia swoim spojrzeniem. Uważam, że istotą i powodem istnienia tych prac jest sam upodmiotowiający dzieło proces twórczy. Jest on bliższy mediacji z materią, w której ta performuje na równi z artystą, niż metodycznie wdrażanemu w życie przez twórcę-demiurga projektowi.
Są takie obrazy, o których nie sposób zapomnieć przez ich dosadność i natychmiastową, niemal brutalną, siłę oddziaływania. Są też takie, które zostają w naszym wewnętrznym imaginarium pomimo ich wizualnej nienachalności. Pomimo tego, że w pierwszym momencie więcej od nas wymagają, niż same chcą nam dać, nie dają się na raz objąć naszym aparatem poznawczym. Choć wydaje się, że przejście z pierwszego paradygmatu na drugi jest całkowitym zaprzeczeniem własnej dotychczasowej drogi twórczej, to w przypadku Ziółkowskiego jest jej rezultatem. Na wystawie motyw drogi subtelnie pojawia się w kolejnych salach. Od ołtarzowego procesyjnego charakteru ekspozycji pierwszej sali, poprzez stalową kładkę wymuszającą na nas określoną ścieżkę poruszania się, aż po ostatnią salę, gdzie wśród dwóch mniejszych (niezatytułowanych) płócien znajdują się dwa wielkoformatowe obrazy Ścieżka trwania (2025) i Ścieżka serca (2025). Drobne kamienie przytwierdzone do surowego bawełnianego płótna, trochę jak ślimaki o poranku zaraz po deszczowej nocy, stoją w bezruchu w gmatwaninie własnych śladów. Raz są jak drogowskazy ustawione na rozdrożach, raz coś porzuconego w wędrówce, by móc znaleźć drogę powrotną.
Wystawa w Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej Elektrownia w Radomiu jest serią otwartych egzystencjalnych pytań, których nie sposób zadać wprost słowami – nie dlatego, że nie pozwala na to wokabularz, lecz dlatego, że ich istota budowana jest zawsze przez odbiorcę w procesie translacji z języka wizualnego na emocjonalny i werbalny. Najnowsze prace Jakuba Juliana Ziółkowskiego są jak niezwykle pojemne ekrany projekcyjne pozwalające nam rzutować na nie swoje wewnętrzne światy.
Kurator: Filip Rybkowski
Źródło: tekst kuratorski / materiały prasowe MCSW Elektrownia