O tym, że malarstwo Artura Przebindowskiego stało się fenomenem wyjątkowym na współczesnej scenie sztuki, zadecydował przede wszystkim cykl Megalopolis, swoiste opus magnumartysty, w którym odnalazł on wyrazisty, oryginalny i w pełni dojrzały idiom twórczy. Niemal od razu, przy pierwszym odbiorze obrazów tej serii, pojawia się wrażenie, iż odbija się w nich współczesność zglobalizowanego świata z jego pulsem i urbanistycznym zagęszczeniem, wielowarstwowością i niepokojem. Narzucające się porównania z brazylijskimi fawelami czy wielkomiejskimi dzielnicami blokowisk to jednak skojarzenia, które nie tylko nie wyczerpują problematyki artystyczno-ideowej dzieł, ale wydają się wręcz „spłaszczać” ich głębsze sensy i konotacje. Przebindowski nie maluje konkretnych widoków i miejsc, niczego nie odtwarza, posługuje się natomiast przetransformowaną przez wyobraźnię i psychikę syntezą miejskiej ikonosfery, narastającej w czasie i przestrzeni, wymykającej się architektonicznym i planistycznym rygorom, zanurzonej w żywiole stawania się i rozkładu. W jej gęstej tkance wyrazista dynamika rytmów współtworzona przez napięcia pionów i poziomów, spiętrzone układy modułów i fasad buduje intrygujące labirynty o dusznej atmosferze i kompozycji, która przypomina horror vacui.
Pierwsze płótna cyklu Megalopolis zaczęły powstawać na przełomie lat 2009/2010 i od razu zwróciły uwagę krytyki i publiczności. Żywe, a zarazem opustoszałe mury i szkielety imaginatywnych miast wyróżniały się złożonymi strukturami, których nie ogranicza żaden horyzont, a widziane z góry wydają się „uciekać” w głąb i nawarstwiać, nierzadko nie podporządkowując się klasycznym regułom perspektywy. Ich przestrzeń, jak samo życie, z jednej strony dąży do uporządkowania, organizacji, z drugiej – nigdy do końca nie przezwycięża chaosu. Przebindowski traktuje swoje miasta w sposób daleko odbiegający od dosłowności jako „pewną metaforę istnienia – świat, który sam siebie buduje i zarazem ulega rozpadowi”. W jego myśleniu o obrazie jest coś z uniwersalizmu Mondriana, który w rytmach i konstelacjach opozycyjnych pionów-poziomów dostrzegał zasadę budującą rzeczywistość.
Jak wyznaje sam twórca, praca nad płótnami serii Megalopolis, która rozkłada się w czasie już ponad półtorej dekady, przynosi efekt medytacyjny. Rytmiczność modułowych kompozycji, pewna powtarzalność struktur sprzyja bowiem porządkowaniu i integrowaniu postrzegania, ujarzmianiu żywiołów tego, co na zewnątrz i w środku, odnajdywaniu ładu w wielości i złożoności.
Wystawa Rytmy, struktury, labirynty, która jest pierwszym tak dużym pokazem malarstwa artysty w północnej części Polski, prezentuje przede wszystkim znaczący wybór dzieł Megalopolis, zarówno tych wielkoformatowych, jak i nieco mniejszych. Na zasadzie kontrapunktu zestawione zostają one z wybranymi pracami najnowszego, rozpoczętego niedawno projektu Wieże, w którym artysta niejako odwraca logikę wcześniejszego, monumentalnego cyklu, proponując „zamiast gęstości i wieloplanowości – redukcję i frontalność; zamiast labiryntu – samotną figurę; zamiast narracyjnego chaosu – ciszę płaskiego tła” (A. Przebindowski). Jednak, tak jak w przypadku Megalopolis, i tutaj dochodzi do głosu aspekt archetypowo-uniwersalny, gdzie pozornie architektoniczna tematyka, wiąże się z poszukiwaniem egzystencjalno-filozoficznej interpretacji rzeczywistości.
Wśród samotnych czy zmultiplikowanych fasad i brył, spiętrzonych okien, zagęszczonych ścian, szczelin, ulic i przejść rodzi się niezwykle intensywne doświadczenie odbioru. Makroskala malarskich ujęć pozbawionych ludzkiego sztafażu spotyka się z zagubieniem współczesnego człowieka, z jego potrzebą własnego miejsca i sensu.
Kuratorka: Agnieszka Tes
Źródło: materiały prasowe Galerii Sztuki Wozownia