Akt jest obecny w historii sztuki od wieków. Od krągłej Wenus z Willendorfu, przez pozornie perfekcyjne greckie rzeźby i ich rzymskie kopie; od wspaniałych barokowych nimf, przez nowoczesne, obnażone panny młode, po ich współczesne odpowiedniki – nagie ciało towarzyszyło nam od zawsze, choć często przebrane w kostium mitologii, religii lub poszukiwania piękna. Akt był przede wszystkim studium idealnej formy, z kilkoma wyjątkami, takimi jak gotyckie zniekształcenia, które przedstawiały nagie ciało jako obiekt wstydu i grzechu. Klasyczne pozy starożytnej rzeźby były statyczne i nieruchome, jakby zastygłe w próbie zachowania wiecznego splendoru. Bardziej niepokojąca niż sama poza okazywała się portretowana postać, która pośrednio stawiała pytanie: czyje nagie ciało wolno było ukazywać? O ile panowała zgoda co do bogiń, podziwianych za ich doskonale gładką, pozbawioną owłosienia sylwetkę, sytuacja stała się bardziej skomplikowana, gdy zmiany społeczno-ekonomiczne w XIX wieku wprowadziły kobiety z krwi i kości jako centralne postacie aktu. Fatalny urok kobiet kąpiących się, tańczących, pijących i uwodzących był badany przez opinię publiczną za pośrednictwem męskiego lorgnon. Sprawy przybrały bardziej złożony charakter w powojennej sztuce XX wieku, kiedy akt stał się zdeformowany i niepokojący – jak w twórczości Francisa Bacona i Luciana Freuda czy wspaniałych, niezwykle szczerych aktach Joan Semmel, a później Jenny Saville, w których ciało pozostaje kuszące, choć nieco odrażające w swojej śmiertelności i niedoskonałościach.
Twórczość Elsy Rouy (ur. 2000) wpisuje się w tę wielką tradycję aktu. Dla artystki ciało to rozległy obszar malarskich możliwości, który pozwala przekraczać ograniczenia tego, co fizyczne czy społecznie akceptowalne, otwierając przestrzeń do eksperymentowania z figurami, które nie muszą podporządkowywać się prawom moralności ani granicom świata, w którym żyjemy. Ciała, które maluje Rouy, wydają się same w sobie niepoddające się kontroli – zbyt suwerenne, by podporządkować się jakimkolwiek logicznym zasadom zachowania.
Artystka pracuje bez z góry przyjętej narracji, która miałaby kierować procesem powstawania obrazu. Zamiast tego zgadza się, by kierowała nią farba, która zmusza jej umysł i dłonie do dokonywania konkretnych wyborów, jakby sam obraz dyktował warunki jego istnienia. Celowo nadaje swoim kobiecym aktom dużą siłę i wyrazistość, niekiedy je wręcz idealizując, podczas gdy męskie postacie wydają się łagodniejsze, bardziej kruche i niedoskonałe – jakby starała się podważyć utrwalone, tradycyjne poglądy na temat relacji płciowych.
Niepokojące akty Rouy nie są ani erotyczne, ani pornograficzne, nie mają na celu szokowania ani ranienia. Mają potencjał, by dotknąć samej istoty ludzkiego doświadczenia, działając poza sferą seksualności i konwencjonalnego piękna. Kto boi się nagości? Ciało od dawna jest nośnikiem najważniejszych dyskusji: wolności samostanowienia, wystawianej na próbę choćby przez ustawy antyaborcyjne; prawa do cieszenia się własną seksualnością bez ciężaru kontroli społecznej; wolności wyboru partnera, z którym się żyje. Autentycznie zdeformowane ciała Rouy odmawiają respektowania granic społecznego lub politycznego konsensusu, a tym samym niosą ze sobą idee oporu.
Tytuł pierwszej instytucjonalnej wystawy Rouy w Polsce, Just Because [Po prostu dlatego], oddaje determinację artystki w pokazywaniu tego, co niepokojące, stłumione, a jednak niezwykle ważne. Jednocześnie, poprzez swoją niejasną formułę, podkreśla, jak wiele rzeczy, które mają znaczenie, pozostaje niewypowiedzianych, ukrytych i nieprzewidywalnych. Ciało jako narzędzie wiedzy, może oferować sposób poruszania się po świecie w tych trudnych czasach.
Kuratorka: Marta Gnyp
Źródło: materiały prasowe MCSW Elektrownia